
To nie będzie historia o nieudanym związku, który zaczyna się pięknie, ale rozpada burzliwie. Nie będzie tu dynamicznych zwrotów akcji ani oczywistych sygnałów – że coś zaczęło iść w złą stronę. To opowieść o powolnym procesie, który czasem przemyka niepostrzeżenie przez życie niejednej z nas – krok po kroczku odbierając pewność siebie, spychając w ramiona samotności… Lecz opowieść ta ma także morał. I szczęśliwe zakończenie, które z mocą większą niż 1000 słów niesie przesłanie – nic nie dzieje się bez powodu, a każda chwila cierpienia może przemienić się w coś dobrego! Dzięki życiowym doświadczeniom możesz stać się silniejszą i pewną swojej wartości Kobietą! Posłuchaj sama, droga Czytelniczko…
Tak to się wszystko zaczęło
Połączyła ich wzajemna fascynacja i poczucie humoru. Ona zakochała się na zabój – on tak tylko mówił. Zanim się związali, Ona była wiecznie uśmiechniętą, niesamowicie pozytywną i optymistycznie patrzącą na wszystko kobietą. Można było wręcz powiedzieć: tej dziewczynie wszystko się w życiu udaje! Jednak do czasu… Bo związek ten był zdecydowanie nieidealny. Krótki staż, małe dziecko. Jego poczucie: „Jestem boski!” – i jej 20 kg nadwagi.
Koniec sielanki
Z dnia na dzień było już tylko gorzej. Najpierw pojawiły się jego docinki, niby żartobliwe uwagi na temat jej tuszy i kwestii dbania o siebie. Potem żartu w głosie wcale nie było – za to wypowiedziane wprost słowa, jaka to Ona jest nieudana… Tymczasem jemu nadal wydawało się, że jest boski, a Ona coraz bardziej zamykała się w sobie, coraz bardziej traciła poczucie własnej wartości… Owszem, uśmiechała się na zewnątrz. Ale w środku cierpiała jak nigdy – tyle że w samotności, bo wstyd jej było przyznać się przed kimkolwiek – w końcu to wszystko była jej wina!
Tkwiła w tym związku, bo przecież dziecko musi mieć ojca, bo przecież nie jest wcale tak źle, bo przecież jej nie bił… Po roku powolnego psychicznego wyniszczania dowiedziała się, że w tym związku jest jeszcze ktoś – młodsza, szczuplejsza, uśmiechnięta – jednym słowem: lepsza.
Zawalczyć o siebie
Wreszcie otworzyła się przed swoją Siostrą. Z jej ust padło pytanie: „Po co się tak męczysz? My się wyprowadzamy z mieszkania, zostaje puste – uciekaj z tego syfu”. I wtedy nadeszło przebudzenie. Powstał plan, była rozmowa – z cudowną niedoszłą Teściową, która stała całkowicie po jej stronie – zapadła decyzja. Kiedy Ona powiedziała mu, że się wyprowadza, w odpowiedzi zapytał… na kiedy zorganizować transport. To tylko upewniło ją w przekonaniu, że nie już co ratować. Chociaż też nie było łatwo.
Z poczuciem własnej wartości sięgającej poziomu zero, nie spodziewała się, że nagle stanie się szczęśliwa. Ale dzięki rodzinie i przyjaciołom dawała jakoś radę. I także wzięła się za siebie – schudła, zadbała – i co najważniejsze, dla siebie, a nie dla kogoś!
W międzyczasie przydarzył się kolejny cios i bardzo niechciana zmiana miejsca pracy. A że nieszczęścia chodzą parami… Po czasie od swojego eks usłyszała, że gdyby schudła wcześniej, to wszystko potoczyłoby się inaczej… W tym momencie pomyślała jednak, że powinna „tej trzeciej” podziękować i całować ją po rękach. Uratowała ją w końcu od toksycznego, zadufanego w sobie narcyza, bez krzty empatii ani pokory. Dotarło do niej, że nic lepszego nie mogło jej spotkać! Dzień wyprowadzki celebruje do dziś
I nastał jej happy end…
Mijały miesiące, w trakcie których skupiła się na dziecku i powiedziała sobie, że nic więcej do szczęścia nie jest jej potrzebne. A już na pewno nie żaden facet! I właśnie wtedy pojawił się Ktoś – kto wtargnął w jej poukładane i wydawałoby się idealne już życie. Ten Ktoś pokazał jej, jak należy traktować kobietę. Wyleczył ją ze wszystkich kompleksów, na każdym kroku mówiąc, jaka jest piękna, jak kocha jej ciało (pomimo wciąż dość sporej nadwagi).
A dzisiaj? Są małżeństwem z już 10-letnim stażem, nie zawsze jest idealnie, są wzloty i upadki. Bardzo dużo rozmawiają, o tym, co dobre i o tym, co złe. Uwielbiają ze sobą spędzać czas i darzą się ogromnym szacunkiem. Kochają się po prostu jak… dwa wariaty
Tą historią chcę Wam pokazać, że nic nie dzieje się bez powodu, że musimy czasem zaznać cierpienia, aby potem docenić malutkie dobra, które nas spotykają. Nie ma już śladu po kobiecie sprzed 12 lat – jest silniejsza, pewna siebie, kochająca ludzi i świat. Wszystkie złe chwile przeistoczyły się w coś dobrego i tego każdej z Was z całego serca życzę!!!
To jest historia 41 letniej Ani, która pragnie pozostać anonimowa.




