
Kiedy wydaje się, że wszystko wali się na głowę, a po drodze pojawiają się kolejne trudności… Takie historie udowadniają, że własnymi rękami można zrobić wszystko, odbudować poczucie swojej wartości. Nawet zaczynając od zera, za to z bagażem doświadczeń życiowych – zawsze można dać sobie radę. 40-letnia Jola dzieli się swoją historią, a przede wszystkim przekonuje, że wszystko siedzi w naszej głowie – i nie można dać sobie wmówić, że czegoś nie zdołasz zrobić! W końcu wszystko jest w Twoich rękach.
Dzieciństwo
Czy moje dzieciństwo było szczęśliwe, czy nie?… W moim życiu ojciec nie uczestniczył w ogóle w wychowaniu – wiem tyle, że rodzice się rozstali. Widziałam ojca może z 3-4 razy przez całe życie, a wychowywała mnie mama z ojczymem. Życie nie było usłane różami. Nie wiem, z czego to wynikało, ale mama biła nas, potrafiła psychicznie upokorzyć. Dużo złych słów od niej usłyszałam i przynajmniej ja to tak odczułam, że nienawidziła nas.
Był taki okres, że dużo uciekałam z domu. Nawet szukałam pomocy. Pamiętam jak dziś, jak uciekłam do domu dziecka – szukałam tam pomocy, powiedziałam, że ja chcę w nim mieszkać, bo w domu już nie wytrzymuję… Usłyszałam jednak, że mam złożyć sobie wniosek do sądu o to, że chcę wstąpić do domu dziecka… A ja miałam wtedy chyba 14 lat. Nikt się tym nie zainteresował, dlaczego chodzę posiniaczona. Teraz jak ktoś widzi, że dziecko jest posiniaczone, reakcja jest od razu, ale wtedy… Uciekałam często z domu. I mama mnie z niego wyrzucała.
Małżeństwo
Przez to wyszłam wcześnie za mąż – miałam wtedy 18 lat, a pierwszego syna urodziłam, gdy miałam 20 lat. Chciałam dziecko, by dać komuś miłość i chciałam też tę miłość otrzymywać. Bo od mojego męża – który być może kochał mnie na jakiś swój sposób – tego nie było, miał problem z okazywaniem uczuć. Lubił też w weekendy sobie wypić. Pracował, był zaradny, ale dużo przykrych rzeczy mnie od niego spotkało. Bicie, psychiczne znęcanie się… Tak że ciągnęło się to za mną…
Nie miałam wtedy wykształcenia, bo pamiętam, że mama miała mi załatwić szkołę, gdy byłam niepełnoletnia, ale tego nie zrobiła. Przez długi, długi czas miałam tylko wykształcenie podstawowe. I przez długi czas wstyd mi było z tego powodu, miałam też zaniżoną samoocenę. To były takie czasy, że ciężko było o pracę. Ale zarejestrowałam się w urzędzie pracy, zrobiłam kasę fiskalną. I to tak się pomalutku zaczęło. Małymi kroczkami – coś zawsze robiłam. Dziecko było coraz większe, więc większe miałam też pole do popisu – zrobiłam liceum w wieku prawie 30 lat, zrobiłam prawo jazdy.
To małżeństwo nie należało do najszczęśliwszych. Nie powiem, żeby mąż był aż tak zły, ale to nie było to, co chciałam mieć. Po 30 roku życia stwierdziłam, że nie chcę takiego życia, że oczekuję czegoś innego. Więc rozwiodłam się, choć to był ciężki czas, trwał ze 2 lata. Mąż na pierwszej rozprawie powiedział, że nie da mi rozwodu. Że będzie mi go utrudniał, że to będzie ciągnęło się latami. Nie umiał się z tym pogodzić.
Ale byłam świadoma, że zasługuję na więcej.
Wiem, że byłam warta więcej.
Nowy etap w życiu
Odeszłam od byłego męża z 5-6 lat temu. Wyprowadziłam się do koleżanki, mieszkałam u niej pół roku. Jednak nie chciałam tak po kątach mieszkać u kogoś – każdy potrzebuje przestrzeni. Więc znalazłam kawalerkę do wynajęcia, całe szczęście płaciłam tylko czynsz, prąd i media.
I zaczęłam od zera. Nawet nie miałam, na czym jeść i czym jeść – nie miałam widelca, łyżki, ręcznika. Nie miałam nic! Mieszkanie było do remontu, a ja z wypłatą niedużą… Najpierw pracowałam jako sprzątaczka w biurze rachunkowym. Zarabiałam 950 zł, a musiałam na dziecko łożyć, mimo że jeszcze rozwodu nie miałam… Bo to, co najbardziej mnie bolało, to decyzja mojego syna – miał wtedy 15 czy 16 lat i zadecydował, że zostanie z tatą, nie chciał się ze mną spotykać. Bardzo długo się z tym nie umiałam pogodzić. Jeszcze do tej pory łezka mi się kręci, że mieszka z tatą, ale teraz już relacje mamy poprawione, dobre – nawet z byłym mężem też. Ostatnio powiedział mi, że zawsze pozostanę w jego sercu. Że nie darzy innych kobiet uczuciem, tak jak mnie darzył, że mamy wspólne dziecko i jakąś szczególną więź nadal czuje. Przyznał się do tego, że źle robił, uderzył mnie nieraz, upokarzał, że nie potrafił dać mi tego, na co zasługiwałam.
Starając się utrzymać, wyjechałam za granicę – w kraju zarabiałam śmieszne pieniądze, a musiałam pralkę mieć, telewizor sobie kupić, bo nie miałam wtedy nic. Wyjechałam na pół roku do Holandii i tam stanęłam trochę na nogi. Zrobiłam też prawo jazdy na samochody ciężarowe, pracowałam. Po powrocie poczułam swoją wartość, to, że ja potrafię zrobić wszystko! Że żaden facet nie będzie mi mówił, że sobie nie poradzę. Nawet teraz, jak by coś się stało, to ja wiem, że dam dobie radę.
Małymi kroczkami syn też zaczął się do mnie zbliżać, były jakieś spotkania, rozmowy telefoniczne. Czasem buntował się jako nastolatek, a mnie bolało jego zachowanie. Ale pomalutku odbudowaliśmy to wszystko.
Wiem, że dam sobie radę
Kiedy toczyły się moje kolejne sprawy rozwodowe, poznałam obecnego męża. Mamy teraz takiego małego szkraba – syna Marcela, ma półtora roku. Mieszka także z nami nastoletnia córka męża i mamy bardzo doby kontakt. Traktuje mnie jak matkę.
Mam też taką małą przydomową hodowlę kotów – na razie nie mogę pracować, bo nie mam gdzie zostawić dziecka, a mąż pracuje. Ale te koty dają jakąś rekompensatę. Jestem obecnie także rachmistrzem, spisuję ludzi dla Głównego Urzędu Statystycznego.
Tak że wiem, że wszystko siedzi w naszej głowie. Nie daj sobie wciskać kitu, że ty tego nie zrobisz. Nie ma takiej opcji. Jeśli znowu zostałabym sama, to wiem, że ja dam sobie radę. Wiem, też że początki są trudne. Pamiętam, ile mnie to kosztowało, ile przepłakałam nocy. Ale pracowałam, w różnych miejscach. Byłam i sprzątaczką, i opiekunką osób starszych, i z obecnym mężem jeździłam na ciężarowych samochodach. W Holandii pracowałam na różnych stanowiskach, wiem, jak to wszystko wygląda. Brakowało mi ciągle pieniędzy, bo wszystko szło w górę i jeszcze dochodziły alimenty na dziecko, a na paliwo lub autobus też trzeba było mieć… Ciężki początek miałam. Ale dałam radę.
Pracowałam na magazynach, teraz jestem rachmistrzem, mam tę hodowlę – i ciągle się czegoś uczę…
Co ma być, to będzie – odpuść i zawsze pamiętaj o sobie
Kiedyś za bardzo przejmowałam się pewnymi rzeczami – ale odpuściłam. Nadal zdarza mi się, że się za bardzo przejmuję. Ale zaczęłam odpuszczać, bo co ma być, to będzie. Nauczyłam się nie trzymać w sobie wszystkich złych emocji, przykrości, tego, że przydarzyło mi się coś złego.
Z moją mamą nie utrzymuję teraz kontaktu. Kiedyś mi jej brakowało, widziałam koleżanki, które ze swoimi mamami chodziły na spacery, kawki, plotki… I takiej mamy mi brakowało. Nigdy jej nie miałam. Ojca też, nie, a ojczym żadnych uczuć mi nie dawał. Więc byłam tak sobie sama pozostawiona. Matka z ojczymem schodzili się i rozchodzili, szarpali się całe życie…
Zawsze sobie powtarzałam, że ja nie będę taką żoną ani taką matką dla swoich dzieci. I tak faktycznie jest. Nerwy czasem mi puszczą, bo za dużo czegoś się nazbiera i muszę krzyknąć albo po prostu wyjść. Odskocznią są dla mnie wyjścia z domu. Jako rachmistrz wychodzę 2 razy w tygodniu z domu na te 3 godziny, żeby sobie odpocząć.
Są dni, że faktycznie coś mi leży na sercu, ale z reguły staram się to odpuszczać. Niech się wszystko toczy swoim rytmem. Najlepiej zostawić to biegowi, ale też… Pamiętać o sobie. I nie dać sobie wejść na głowę, bo wszystko ma swoje granice. I choćby było bardzo źle – zawsze można dać sobie radę.




