To mógł być rok 2002.

Pamiętam- ja w zielonych bojówkach, w bluzeczce z laleczką i on, w garniturze ze studniówki. Pojechaliśmy na nasze pierwsze biznesowe spotkanie. Z dyrektorem jednego z Katowickich banków.

Walka była o zlecenie – mycie całej elewacji zewnętrznej banku, alpinistycznie rzecz jasna.

Mój brat, zapalony alpinista, zaraz po wojsku otworzył swoją działalność i zarabiał myjąc najwyższe budynki w stolicy, wtedy, kiedy dopiero zaczynało to być modne. I tak narodził się pomysł, czemu by tego nie przenieść na Śląsk.

Do dziś nie wiem, jak to się stało, ale dostaliśmy to zlecenie. Zorganizowaliśmy kilku alpinistów, Karol wrócił do stolicy, a ja pilnowałam interesu na miejscu.

Godziłam nasz rodzinny biznes ze studiami i z pracą na 3 zmiany w kontroli jakości, w jednej z tyskich fabryk. Miałam wtedy 19 lat.

Najgorsze było wstawanie na rano. Do dziś pamiętam to uczucie, kiedy o 4:30, kompletnie niewyspana, siadałam na podłodze i trochę płakałam, a trochę szukałam sił i motywacji, żeby dojść do kuchni i zrobić kawę. Po kawie już było z górki. Do 14:00 praca, a zaraz po niej stawałam się trochę szefową, a trochę sprzątaczką i dostawcą. Myłam z chłopakami okna – ja te, które były dostępne z poziomu zero. Fiatem punto, pożyczonym od taty, przewoziłam kilku metrowe drabiny i jeździłam po lumpeksach szukać ręczników i prześcieradeł, bo były najlepsze do końcowej polerki i szybko się zużywały.

I ten jeden, pamiętny dzień, który zdecydował o tym, co podziało się dalej…

Ktoś z banku podszedł do „mojego człowieka” z jakąś nietypową prośbą, a ten wskazał na mnie palcem i powiedział: to musi pan ustalić z naszą szefową…

Woow, pierwszy raz w życiu ktoś nazwał mnie szefową!!!

Gość spojrzał wtedy na mnie, zrobił krzywą minę i wrócił wzrokiem na pracownika – kobieta jest waszym szefem ?? W jego głosie nie tyle czuć było zdziwienie, co raczej coś w stylu pogardy i niedowierzania. I to był ten moment, kiedy poczułam, że wiem już co chcę w życiu robić. I nawet nie o tego szefa chodzi, ale o to zwątpienie, zdziwienie, czy jakkolwiek to nazwać, że kobieta, w męskiej branży… Wtedy chyba pierwszy raz postanowiłam, że będę najlepsza. Mimo tego, że jestem kobietą… Albo właśnie dlatego.

Ciągle głowę miałam pełną pomysłów, a życie stawiało przede mną wiele okazji, z których, jak zawsze myślałam, grzech nie skorzystać. Miejsce strachu w mojej głowie i sercu zajmowała chyba naiwność. Do dziś nie wiem, czy to odwaga, czy raczej bezmyślność, ale jak mówią: Inteligentny człowiek potrafi znaleźć wyjście z takich sytuacji, w które mądry nigdy by się nie wpakował. I za tą myślą podążając, inteligencji nie można mi odmówić po dziś dzień…

Zwolnili mnie z kontroli jakości, więc zyskałam czas i przestrzeń na nowe możliwości…

Znajomy zwijał interes. Do wzięcia był mały, osiedlowy butik. Dość kiepski, ale tani. Ja miałam 7 stów, mój kumpel Postek też miał siedem. Razem to było już tysiąc czterysta. Nie wiem kto kogo namówił, ale sądząc po branży, mógł to być mój pomysł. Cztery stówy przeznaczyliśmy na czynsz i odmalowaliśmy ściany w lokalu. Kilka dni później wracaliśmy już ze słynnego, warszawskiego stadionu z pakami wietnamskich, damskich szmatek do naszego butiku. I może nawet nasz butik miałby szansę przetrwać trochę dłużej, gdyby nie to, że zechciałam być żywym manekinem i wszystko, co lepsze brałam dla siebie. A jak nietrudno się domyśleć, tysiak to nawet wietnamskich straganów nie pozwolił zwojować i nie mieliśmy tego towaru zbyt wiele.

Manekinem musiałam być dobrym, bo i sprzedaż nam szła całkiem nieźle i stolicę wtedy odwiedzałam dość często. A jak było więcej kasy, to nawet coś z Ptaka udało się przywieźć. Do Ptaka jeździliśmy po towar bardziej luksusowy.

Do piątku sprzedawaliśmy w butiku, a na weekendy zwijaliśmy towar z wieszaków i jeździłam z nim, pożyczanym od taty autem, na targowisko do Brennej. Tam można było ceny dać znacznie wyższe, bo przyjezdni się nie znali. I opalanie miałam darmowe. Smażyłam się na słońcu jak jajecznica na boczku, ale skupiona na celu, polewałam tylko twarz zimną wodą i nie zważałam na okoliczności. To był ten czas, kiedy wchodziły na rynek kolorowe okulary przeciwsłoneczne, sprzedawane za dyszkę. Pamiętacie? Wszędzie ich było pełno. W hurcie kosztowały 5,00 zł. Ja wybierałam takie, których jest mało i których nikt nie ma i sprzedawałam je za 25,00 zł. Rozumiecie teraz, że to była kasa, dla której warto się smażyć na słońcu.

I tak właśnie kręciła się moja handlowa przygoda. Żyłam dość biednie, bo szmalu nie dało się na tym zrobić, ale przynajmniej ciuchy miałam zawsze z najnowszej, wietnamskiej kolekcji.

 

Później przyszła kolejna okazja. Mogłam zarobić całe 2 tysiaki, opiekując się Marianną we Włoszech. Nie wiedziałam kim jest Marianna, ani co tam na mnie czeka, ale wiedziałam, że dla takiej kasy warto i że na pewno sobie poradzę. Marianna okazała się być trochę niedołężną, miłą staruszką, a ja miałam za zadanie opiekować się nią, sprzątać, robić zakupy i… gotować !! Nie wiem jak ja to zrobiłam, ale Marianna przeżyła ten miesiąc i nawet wydawało się, że jej ze mną dobrze. W moim pamiętniku z tamtego okresu przeczytać można: Boże, mogę robić cokolwiek. Nawet rowy wolę kopać niż nudzić się tak jak teraz. Chyba nudna to była robota.

Mimo nudy, plan był taki, ze wracam do Polski zdać jeden egzamin, zawieszam studia i wracam do Włoch. Tak też się prawie stało. W tym przypadku prawie robi dużą różnicę, bo wróciłam, zdałam egzamin, zrezygnowałam ze studiów i kiedy już mogłam zacząć się pakować… zakochałam się i porzuciłam plany wyjazdu… Potrzebny był nowy plan na biznes. Na moje nieszczęście, połączyłam go wtedy z miłością…

Doszliśmy do roku 2004, dziś jest 2019. Jak możecie się domyślać, w moim życiu zawodowym zmieniało się wiele, bo i okazje ciągle nowe się pojawiały, i okoliczności mocno zmieniały, więc obiecuję dalszy ciąg tej opowieści. Już nieco bardziej dojrzały, ale nie mniej zawirowany… Jedno jest pewne, do dziś, niezmiennie, moja praca i mój biznes to dla mnie niekończąca się przygoda.