
Życie nie zawsze jest usłane różami i nie zawsze otrzymujemy to, co chcemy. Niektórzy jednak… nie otrzymują niczego. Więcej – pod ich nogami życie kładzie kłody, o które trudno się nie przewrócić. A mimo to… te niektóre osoby potrafią wykrzesać z samej głębi siebie taką siłę, która mówi: „Dam radę! Wszystko zdobędę sama! Osiągnę to, co zamierzyłam, nie poddam się już więcej”. Taka jest właśnie historia naszej dzisiejszej bohaterki, Supermenki, która w jednym momencie musiała z całym życiem zmierzyć się sama – i która wydobyła z siebie tę WEWNĘTRZNĄ SIŁĘ, zwyciężając gorsze chwile i budując zupełnie od podstaw swoją drogę do bycia szczęśliwą… Niech opowieść ta służy jako inspiracja i dowód na to, że – nawet jeśli wokół brak wsparcia – każda z nas posiada w sobie dość mocy, aby poradzić sobie ze wszystkim samodzielnie!
Dzieciństwo
Mama w pracy, tata w pracy i młodszy brat. Tak wyglądało moje życie. W wieku 6 lat gotowałam obiady, bo nigdy nie było rodziców w domu. Tata pracował po 16 godzin na taksówce, a mama w barze od rana do nocy. Mieliśmy niski czynsz w kamienicy, ale także ogromne długi rodziców – przez które nie mieliśmy kompletnie niczego. A matka piła na umór – przez pracę i problemy.
Obcy panowie każdej nocy to też była codzienność, kiedy ojca nie było w domu. Myślałam wtedy, że to normalne. I tak to trwało przez moje kolejne 12 lat…
Dorosłość
Przyszedł czerwiec – już mam 18 lat, jestem dorosła. I ładna dziewczyna ze mnie. Choć wychudzona z głodu, bo nie stać nas na jedzenie. Wykształcenie zawodowe, bo na więcej nas nie stać. Ciuchy byle jakie, po sąsiadach, bo na więcej nas nie stać. Nieleczony trądzik – bo nas nie stać.
Cofnijmy się jednak do stycznia w tym samym roku. Z nowym rokiem nadeszła redukcja pracowników – moją mamę, ze względu na to, że została kilka razu przyłapana na piciu w pracy, zwolniono (pomimo romansu z pracodawcą). Teraz została nam tylko wypłata ojca, a matka więcej pila. Kradła, niejednokrotnie przyprowadzała ją policja. Mój młodszy o 5 lat brat wszystkiemu się przyglądał.
Przeczucie ojca
Pewnego razu matka wyszła z domu do koleżanki, nie wracała 2 dni – nic dziwnego w tym nie było, bo robiła tak nieraz. Ale ojca jakieś przeczucie od środka gryzło, że tym razem coś się wydarzyło. Postanowił więc odwiedzić koleżankę, u której matka była. Rzeczywiście widziały się w ten dzień, ale matka po kilku drinkach (butelkach wódki w jej przypadku) poszła do domu. Ojciec zaczął jej szukać, na razie bez policji, jednak nie dało to skutku. Na 3 dzień zadzwonił na policję (tata nigdy nie pił), by zaczęli poszukiwania. Po kilku godzinach od zgłoszenia znaleźli ją martwą na starym placu z podciętymi żyłami. Nigdy NIE WIDZIAŁAM tamtego widoku i nie chciałabym zobaczyć. Mimo, że była dla nas okropna (kilka razy zdarzyło się jej uderzyć nas czy rzucić jakąś rzeczą w naszą stronę), nie interesowała się nami – żałoba była, smutek i rozpacz.
Jak sobie poradzę?
Długo to trwało, ale tata zaczął układać sobie życie na nowo… (ja skończyłam już 20 lat). Poznał na taksówce, powiedzmy, fajną kobietę – jednak ona również piła, gdy tata nie widział. Pewnego razu jechali do niej do rodziny razem z moim młodszym bratem Kamilkiem. Ja zostałam tego dnia w domu, bo nie chciałam jechać. Nie znałam jej na tyle, żeby jej rodzinę odwiedzać.
To było około 260 kilometrów dalej od naszego mieszkania. Tata był zawodowym kierowcą – wiedziałam, że nie muszę się martwić, bo mu ufam jako kierowcy. To była zima, nie pamiętam miesiąca, ale na pewno szczyty mrozów. Jechali dobrze oświetloną drogą, gdy nagle światła zrobiło się więcej i jeszcze więcej, i więcej, i więcej… i więcej…
Tym światłem był rozpędzony tir, który wjechał prosto w nich, kierowca przez zbyt wysoką prędkość stracił panowanie nad kierownicą i zjechał na ich pas. Nie chcę opisywać, co czułam, bo niby przerobiłam temat, ale boli bardzo.
Kiedy się o tym dowiedziałam, w głowie miałam jedno: chyba się zabiję, jak sobie poradzę, nienauczona życia?!?!? Rozpacz, brak pieniędzy, brak pomysłów na siebie, perspektyw na życie. Każdy dzień przez kolejne pół roku był dla mnie katorgą. Przychodziła jakaś pani, która próbowała mnie pocieszać (z „socjalu”), dostawałam jakieś pieniądze od państwa – ale nie wiedziałam kompletnie, co mam robić, jak się żyje.
Po upływie tego czasu było mi już nawet lepiej, ale nadal nie miałam pojęcia, co mam robić, JAK ŻYĆ? Co robi człowiek dorosły? Jak znaleźć pracę? Gdzie zapłacić rachunki? Co kupować do lodówki? Co zrobić, kiedy listonosz pyta o rodziców?!?!
Pierwsza praca
Miałam zero wiedzy. Postanowiłam wyjść na spacer, odetchnąć trochę od tego brudu, który mnie otacza. Wstąpiłam do sklepu, zachciało mi się pić – wyszłam z pierwszymi zakupami (chleb tostowy za 2 zł, ser żółty za 3 zł i keczup za 2 zł). To był mój posiłek na około 3-4 dni, zależy od myśli.
Pewnego dnia przyszła inna pani, która po ponad połowie roku wytłumaczyła mi, jak żyć, i zachęciła mnie do zdania egzaminu zawodowego. Dostałam od niej wszystkie potrzebne rzeczy i namówiła mnie, żebym poszła do pracy, którą pomogła mi znaleźć. To był wtedy osiedlowy sklep, gdzie zarabiałam może z 800 zł miesięcznie, nie pamiętam, było to bardzo, bardzo mało. Jednak na jedzenie (jakieś takie) starczało, a kasa z „socjalu” przeznaczała się na opłaty, które również już sama robiłam.
Chłopak ze szkoły
Przez nieleczony trądzik miałam spory problem z cerą, nie miałam ochoty patrzeć na siebie, nie wiem nawet, jak to wyglądało – w lustro spoglądałam tyle tylko, by spiąć włosy w kucyk. W szkole poznałam jednak chłopaka w moim wieku.
Chłopak… Miły, wychowywał się bez ojca, z całą resztą powiedzmy wszystko w normie – miał kochającą mamę, nie przelewało im się, ale na nic też im nie brakowało, gdyż miała zamożnego partnera. Jednak po byciu tyle czasu w samotności nie potrafiłam się z nim odnaleźć we wspólnym życiu. Ciągle coś robiłam źle. On to rozumiał, ale nie mógł dłużej już tego znosić, tej mojej niezaradności. A ja nie umiałam inaczej. Po prawie roku bycia razem zrezygnował ze mnie.
Wszystko, co będę miała, zdobędę sama
Wtedy uświadomiłam sobie, że jestem sama. Zdana na siebie. Nie mogę na nikogo liczyć. Wszystko, co będę miała (a pojawiły się jakieś ambicje), zdobędę sama, bez żadnej pomocy. Od zawsze interesowały mnie budynki – jak to się dzieje, że stoi to tyle czasu i – czy wieje, czy deszcz pada – to dalej stoi. Nie miałam nigdy odwagi w dzieciństwie poprosić rodziców o kupno książki na ten temat, więc tylko obserwowałam.
Skończyłam jednak szkołę zawodową jako fryzjerka, znalazłam pracę. Ale to nie było coś, co lubiłam… Wręcz przeciwnie, brzydziłam się dotykać czyjejś głowy, ale tłumaczyłam sobie, że muszę przeżyć. Już tyle przeżyłam, to nic gorszego mnie nie spotka. Będzie tylko lepiej.
Wewnętrzna siła
Nie wiem, w którym momencie znalazłam swoją wewnętrzną siłę, ale mogę się domyślać, że było to po moim pierwszym rozstaniu. Siła przyszła sama. Po zawodówce poszłam do weekendowego liceum, żeby zdać maturę i dostać się na studia. Przez ten czas zmieniłam miejsce zamieszkania, salon, w którym pracowałam, a weekendami (wieczorem) chodziłam do baru. Pracowałam jako barmanka, żeby jeszcze bardziej dorobić. Poznałam kilka osób w pracy, ale nigdy nie miałam potrzeby się zaprzyjaźniać. Wiedziałam, że to i tak tylko na chwilę i że nie mogę nikomu zaufać.
Zdałam maturę, dostałam się na studia – może nie wymarzone, ale dla mnie to był sukces. Kierunek budownictwa – niestety nie skończyłam ich, bo podczas semestrów dopadła mnie depresja, znowu nic mi się nie chciało… Najchętniej siedziałabym tylko w domu i płakała. Trwało to może z pół roku. Do pracy chodziłam ze łzami w oczach, nie chciałam wstawać z łóżka, przytłaczało mnie dosłownie wszystko i znowu… myśli samobójcze: „Przecież jak to zrobię, to nic mnie już nie będzie interesowało”, „I tak jestem sama”.
Jednak ta wewnętrzna siła, którą kiedyś przez przypadek odkryłam, nie pozwalała mi tego zrobić. Nigdy nie miałam też próby samobójczej, ciągle tylko te wstrętne myśli.
Nowe działanie, nowe osoby
Po czasie znowu naszła mnie ochota do działania. Jednak tym razem nie chciałam odpuszczać i poddać się jakiemuś złu, które ciągle chciało mnie wciągnąć do błota. Tym razem nie odpuszczę, ciągle sobie powtarzałam. Zaczęłam wychodzić do ludzi, poznawać nowe osoby… facetów.
W głowie nadal miałam jednak myśl, że mogą mnie skrzywdzić, że muszę być ostrożna. Wychodząc na miasto, starałam się liczyć każdy grosz do takiego stopnia, że piłam jedno piwo na całą noc imprezy, bo nie miałam na więcej. Albo mówiłam, że zapomniałam portfela i nie piję, wtedy mi stawiano.
Pewnego razu, kiedy piłam za swoje, podszedł do baru nieco starszy facet, kompletnie nie w moim typie. Zamieniliśmy jedno słowo na zasadzie: „Co tu robisz” itp. i poszłam do znajomych. Następnego dnia tego samego faceta spotkałam, gdy wychodziłam do pracy, jednak on mnie nie widział. Jak się później okazało, mieszkał po sąsiedzku, i kiedy szedł jednego razu ze śmieciami, a ja do pracy, zagadał mnie – i się umówiliśmy.
Na drodze do bycia szczęśliwą
Zaczęliśmy się spotykać. Był bardzo miły i wyrozumiały, tak samo jak ja stracił wcześnie rodziców. To nas chyba najbardziej zbliżyło. Powiedzmy, że to jest Wojtek.
Zamieszkaliśmy razem. W Wojtku mam duże oparcie. Jest wsparciem dla mnie i dzięki niemu nie czuję się samotna. Jestem z nim po dziś dzień. Oszczędzamy teraz na wkład własny, żeby otworzyć firmę budowlaną i żyć na poziomie, na który w końcu zasługujemy po tylu latach pod górę. Nie jestem mu wdzięczna za szczęście, bo mi go nie dał, nie jestem szczęśliwa – jestem na idealnej drodze do bycia taką. On jest kompanem na mojej drodze.
Wiem, że wszystko, co osiągnę, mogę zawdzięczać sobie, bo już tyle przeszłam, że nic mnie nie złamie – a nawet jak będzie coś próbowało, to się nie uda! Zbudowałam taki charakter oparty przede wszystkim na poleganiu na samej sobie. I wiem, że wszystko, co się zmieniło, co wyszło na lepsze – jest tylko i wyłącznie moją zasługą.




